Trzy tygodnie temu (jak to szybko zleciało!) w ramach organizowanego wieczoru panieńskiego dla mojej przyjaciółki, odwiedziłam piękny Kazimierz Dolny. Wybór na to miasto padł trochę przypadkowo, ale zdecydowanie był on trafiony.
Przejechanie trasy z Warszawy drogą krajową nr 79 to ok. 2 godzin i 30 minut z przerwą na siku, bo w moim przypadku to konieczność. Chyba że jedziecie busem, którym jedzie się ok. 3 godzin w zależności od warunków na drodze. Trasa jest całkiem przyjemna. Po drodze mija się Puławy, gdzie - jesli macie czas - można przejść się po Parku Czartoryskich, który znajduje się tuż przy wyjeździe z Puław drogą na Kazimierz Dolny. To całkiem dobra lokalizacja, a miejsce zdecydowanie warte zobaczenia! Także Puławy jedynie przejechałyśmy i szybko ruszyłyśmy w stronę naszego miejsca docelowego.
Zbliżając się do Kazimierza, który od Puław dzieli zaledwie 10 km i ok. 3 wsie, po obu stronach mija się plantacje chmielu, co jest jednym z symboli Lubelszczyzny. Nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciu, ale mam jedno, które zrobiłam zaraz za tymi plantacjami.
Do Kazimierza Dolnego jechałyśmy w blasku promieni zachodzącego słońca. W tle widać kazimierskie pagórki. Powoli wkraczamy do magicznej krainy...
Swój pobyt zarezerwowałyśmy w domu na 13 osób w pobliskiej wiosce Góry, z której na rynek Kazimierza dzieliły nas 2 km stromej drogi w dół. Domek posiadał kominek na drewno, który nadawał całości klimatu oraz ciepłej, przyjemnej atmosfery.
Wieczór panieński spędzony w tym miejscu był całkiem udany... ;)
Następnego dnia znów przywitało nas słońce. Ogród kończył się tuż nad wąwozem. Można było sobie miło pospacerować po posiadłości i usiąść na drewnianej bujanej ławeczce i podziwiać rzadko spotykany dla mieszczuchów widoczek małej zimowej wioski. Trzymał jednak mróz i dłużej jak 5-7 minut nie dało się wytrzymać. Generalnie to polecam ten nocleg: Dom nad Wąwozem.
Dziewczyny niestety trochę popiły i do miasta zebrałyśmy się dopiero koło 16. Słońce już wtedy powoli zachodziło. Jednak udało mi się jeszcze zrobić parę zdjęć. Przeszłyśmy się tylko po paru uliczkach i to w dodatku poszukując jakiejś knajpy na obiad. W końcu trafiłyśmy do Knajpy Artystycznej. Jestem niestety ch*jową blogerką i nie zrobiłam zdjęć jedzonka... Ale mogę powiedzieć, że jeżeli chcecie się porządnie najeść, to jest to miejsce idealne. Porcje są spore. W menu znajdziecie klasyczne polskie potrawy, jak kopytka, schabowy, ziemniaki, placek po węgiersku i inne ziemniaczane specjały, których nazw nie pamiętam.Skąd jednak pomysł na nazwę? Chyba tutaj właściciele nawiązują w wystroju. Restauracja mieści się w kamienicy i jej metraż to pewnie coś koło 40-50 m2. Są dwie sale, pierwsza zaraz na wejściu, w której ustawiono jakieś dwa stoliki i druga zaraz po lewej z miejscem na ok. 30 osób. Całość utrzymana w rustykalnym stylu: białe meble, białe panele na ścianach, wrzos w doniczkach na stolikach i parapetach. Do nazwy niewątpliwie nawiązują nazwy drinków. W karcie znajdziemy drinki o nazwie Czarodziejska góra, W poszukiwaniu straconego czasu czy Wilk stepowy. Bardzo fajny pomysł, który współgra z klimatem jaki panuje w Kazimierzu Dolnym. Miasteczko bowiem znane jest ze swych artystycznych kawiarni pełnych obrazów i fotografii. Myślę, że taka restauracja to strzał w dziesiątkę, warto sie tam wybrać na obiad lub kolację, będąc w Kazimierzu. My cudem upolowałyśmy stolik na 5 osób, więc knajpka jest dosyć oblegana :)
Spacer po rynku był krótki, ale udało mi się zrobić kilka zdjęć. Turystów ze względu na porę roku było niewielu. Dlatego tym bardziej dało się odczuć klimat senności i rozmarzenia. Myślę, że Schulz lepiej opisałby ten klima. Mam wrażenie, że dzięki temu opustoszeniu poczułam prawdziwą magię tego miejsca.
Wychodząc z obiadu na zewnątrz było już ciemno. Rynek rozświetlony był jedynie lampkami z choinki i ogniskiem obok jakiejś knajpy, przy którym zgromadziła się grupka ludzi śpiewających i grających na gitarze reggae. To było bardzo ciekawe połączenie: szwendać się pustymi i bezludnymi uliczkami Kazimierza Dolnego, słuchając dobiegających z oddali śpiewów reggae. Szkoda, że nie udało mi się tego uwiecznić na nagraniu.
Wychodząc z obiadu na zewnątrz było już ciemno. Rynek rozświetlony był jedynie lampkami z choinki i ogniskiem obok jakiejś knajpy, przy którym zgromadziła się grupka ludzi śpiewających i grających na gitarze reggae. To było bardzo ciekawe połączenie: szwendać się pustymi i bezludnymi uliczkami Kazimierza Dolnego, słuchając dobiegających z oddali śpiewów reggae. Szkoda, że nie udało mi się tego uwiecznić na nagraniu.
Poniżej wrzucam kilka zdjęć zrobionych drugiego i ostatniego dnia pobytu.









Komentarze
Prześlij komentarz