.bachanalia literackie


Nocą na ulice miast wychodzi całe zło świata.

Siedziała na ławce. Pochylona sylwetka, głowa schowana w kaptur i brudne ubranie. Długie, poplątane czarne włosy zasłaniały twarz. Nie było tego widać, ale można się było domyśleć - żal, rozgoryczenie i bezsilność. Wokół pustka i ciemność rozjaśniona latarnią. Drzewa to jedyni świadkowie upadku tego człowieka.
Charlotte Bichbois - tego dnia miała swój koniec. Jeden z wielu zresztą. Możliwe, że ostatni, choć wiele musiała przejść, by zrozumieć ten świat i dojrzeć. Człowiek uczy się całe życie - jej wystarczyły 24 lata. Nie miała lekko, ale przecież nikt nie ma. I jak każdy była kowalem swego - marnego - losu, choć do końca wierzyła w stwórczą moc Przypadku. Z uporem maniaka jednak dążyła do celu, który sobie kiedyś wymyśliła. Kochać i być kochaną. Okazało się, że nawet miłość może doprowadzić do upadku człowieka. Charlotte była tego przykładem.

Kiedy ją wtedy zobaczyłem - samotną, zaniedbaną i porzuconą, żal ścisnął mi serce. Nie umiałem przejść obok niej obojętnie. Przecież tyle razy widzi się samotnych ludzi w parkach. Narkomani, menele czy inne wyrostki - ona mogła być jedną z tych osób. Na taką wyglądała. Porwana, zaplamiona bluza, stare wydarte jeansy i zabłocone adidasy. Nie wyglądała na nikogo "normalnego". Ale podszedłem do niej. Człowiek musi umieć pomagać drugiemu człowiekowi. Stanąłem jakieś pięć kroków od niej i poczekałem. Wtedy uniosła głowę. Pod brudnymi włosami chowała się twarz skrzywdzonej i bezsilnej kobiety. Jej niebieskie oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie przy zaczerwienionych od płaczu spojówkach. Ujrzałem w nich ból, rozczarowanie, nieufność i lęk. Nie umiałem odejść.

- Mogę ci pomóc? - Spojrzała na mnie i poczułem, że ulegnie mi, cokolwiek bym nie zrobił. To dziś chyba dziwne, że ludzie potrafią jeszcze dostrzec w drugim człowieku dobro.

Wstała. Nie pytała o nic. Otarła łzy, spróbowała się poprawić, choć nie miało to sensu przy jej stanie, i uśmiechnęła się uśmiechem, który zmiękczył moje serce i jej pewnie też. Ile to razy człowiek próbuje sam siebie przekonać, że jest dobrze, pomimo całego zła na świecie, które właśnie nas dotknęło lub my sami w nim uczestniczymy. 

Tamtego dnia, pamiętam to dobrze, miałem podły humor. To chyba jedyne dobre określenie na ten stan, kiedy wiesz, że nikt ci nie pomoże w uporaniu się z problemami, które musisz po prostu zaakceptować. Byłem wtedy równie bezsilny wobec swego życia, podobnie jak Charlotte. I chyba ona to wyczuła. Dwoje upadłych ludzi. Ale ona bardziej. Ja miałem tylko kulminację wielu kłopotów, z którymi nie umiałem sobie poradzić. Ona toczyła walkę z samą sobą. Pokonać siebie to najcięższa walka, w jakiej uczestniczy człowiek. A wtedy miała ona swój upadek. 

Ten pamiętny wieczór przebiegł później pod wieloma znakami zapytania. Zaprowadziłem ją do swojego mieszkania. Pozwoliłem jej się umyć, przebrać, zjeść. Dałem jej wszystko, czego potrzebowała. Dopiero wtedy, gdy najedzona i w czystych ubraniach stanęła w drzwiach, mogliśmy przejść do rozmowy. Początkowo nie była chętna, unikała mojego wzroku, ale otwarcie przyjmowała moją pomoc. Skoro mi zaufała wtedy w parku, nie mogła się bać rozmowy ze mną. To właściwie najdziwniejsze i najmagiczniejsze zjawisko w kontaktach z drugim człowiekiem, kiedy dwie obce osoby czują nić porozumienia, zaufanie i bliskość. 

Charlotte wygodnie usiadła przy stole. Jedną nogę oparła o krzesło obok, drugą machała nerwowo. W za dużej koszulce i spodniach od dresu, które jej dałem do przebrania wyglądała dość niewinnie, choć tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać po niej. Głowę oparła na dłoni i skierowała wzrok na regał z książkami, który stał przy ścianie między stołem a kanapą, na której siedziałem. Przypatrywałem jej się z bezpiecznej odległości. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Trzymetrowa nić współczucia. 

- Nie wiem, jak mam ci dziękować za to... - Miała miękki i spokojny głos. 
- Nie musisz, to bezinteresowna pomoc - pospieszyłem z odpowiedzią, by nie czuła zakłopotania. - Wydaje się, że trochę doświadczyłaś życia...

Przeniosła na mnie wzrok, który gdyby mógł mówić, powiedziałby "Tak, przeszłam bardzo dużo, trochę za wiele jak na mój wiek".

- Hm, każdy przecież coś przeszedł w swoim życiu... Czy mogę wiedzieć, jak masz na imię?

Starałem się zachowywać naturalnie. Siedziałem wychylony w jej stronę. Próbowałem ją namówić do rozmowy. Chciałem wiedzieć, kim jest, co jej się stało, jak się stało, że znalazła się w tym parku. Miałem ochotę poznać całą jej historię życia, zaczynając od dzieciństwa.Chciałem pomóc jej otrząsnąć się z tego jej bagna.

- Charlotte - przerwała moje rozmyślania i zaraz dodała: - moje imię. Mówiąc to patrzyła na mnie. Miała przenikliwe i głębokie spojrzenie. Usta nabrały zdrowego czerwonego koloru, podobnie jak policzki. Brwi miała ściągnięte, wyrażające skupienie i ostrożność. Właściwie nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać. Będzie okazywać wdzięczność? Będzie mi się żalić? Będzie chciała zaraz stąd uciec? Co chce zrobić? Co ja mam zrobić? Co powiedzieć?

- Co ci się stało? - zapytałem w końcu, ale Charlotte nie spieszyła z odpowiedzią. Właściwie wyglądała jakby nie spieszyła się z czymkolwiek. Wyraz jej twarzy, choć nadal skupionej, mówił mi tylko, że z niczym jej się nie spieszy, że uciekło jej wystarczająco dużo rzeczy, aby dalej pędzić przed siebie jakimś dzikim pędem. Westchnęła tylko głęboko. Czy ludzie potrafią porozumiewać się bez słów? Chyba tak, bo w chwili kiedy chciałem przerwać tę ciszę, tłumacząc jej, że jednak nie musi mi niczego mówić, Charlotte otworzyła usta i zaczęła swój monolog...



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziwacy w literaturze: nimfetki, motyle i sobowtóry Vladimira Nabokova

.watercolour